Jung, Pauli i synchroniczność
Psychiatra i fizyk kwantowy przez dwadzieścia lat zastanawiali się nad pytaniem, którego żaden nie potrafił rozstrzygnąć sam: czy w świecie istnieją zbiegi okoliczności, które nie są tak naprawdę przypadkowe. Fragment Części I książki.
Czym jest synchroniczność
Jung obserwował coś, co zdarzało mu się regularnie w gabinecie: pacjent opowiada sen albo myśl, a w tym samym momencie w rzeczywistości dzieje się coś, co dokładnie tę myśl odzwierciedla. Najsłynniejszy przykład z jego własnej praktyki: pacjentka opowiada sen o złotym żuku-skarabeuszu, a w trakcie sesji w okno gabinetu uderza prawdziwy chrząszcz — bardzo podobny do skarabeusza, gatunek rzadko spotykany w tamtej okolicy.
Przypadek? Jung uznał, że to coś więcej. Zjawisko to nazwał synchronicznością — sensownym zbiegiem okoliczności, który nie ma związku przyczynowo-skutkowego (jedno nie powoduje drugiego), a mimo to obie strony są ze sobą powiązane znaczeniowo.
To ważne rozróżnienie. Jung nie twierdził, że myśl pacjentki „przywołała” żuka. Twierdził coś subtelniejszego: że psychika i świat zewnętrzny czasem układają się w ten sam wzór w tym samym momencie, bez łańcucha przyczyn, który by to tłumaczył.
Dlaczego fizyk w to uwierzył
Można by się spodziewać, że fizyk kwantowy, przyzwyczajony do ścisłych równań, odrzuci taki pomysł jako czystą mistykę. Stało się odwrotnie.
Pauli pracował w świecie, w którym klasyczna przyczynowość już dawno przestała być oczywistością. Mechanika kwantowa pokazywała zjawiska — jak splątanie cząstek — w których dwa obiekty zachowują się względem siebie w sposób skorelowany, mimo że nie da się wskazać sygnału, który by tę korelację „przenosił”. Dla Pauliego synchroniczność Junga nie była porzuceniem naukowego rygoru — była pytaniem o to, czy poza klasyczną przyczynowością istnieje jeszcze inny rodzaj porządku w naturze.
Co to ma wspólnego z I Ching
Jung znał I Ching od lat — poznał je najpierw w angielskim przekładzie Jamesa Legge’a z 1882 roku, ale naprawdę zrozumiał dopiero dzięki niemieckiemu tłumaczeniu i przyjaźni z sinologiem Richardem Wilhelmem. To właśnie w przedmowie do angielskiego wydania przekładu Wilhelma, napisanej w 1949 roku, Jung dał obszerny wykład zasady synchroniczności, żeby wytłumaczyć, jak w ogóle może działać wyrocznia.
I Ching nie zakłada, że rzucenie monetami powoduje jakiś stan rzeczy w życiu pytającego. Zakłada raczej, że stan chwili — łącznie z tym, jak akurat układają się monety — jest częścią tego samego, spójnego „teraz” co samo pytanie.
Pytanie, które pozostaje otwarte
Warto być tu uczciwym: ani Jung, ani Pauli nigdy nie udowodnili istnienia synchroniczności w sensie naukowym. Pozostaje ona pojęciem filozoficznym i psychologicznym, nie prawem fizyki.
Ale dla każdego, kto sięga po I Ching, historia Junga i Pauliego daje coś cennego: język. Pozwala mówić o doświadczeniu rzutu monetami bez konieczności wyboru między „to działa naukowo” a „to zabobon”. Synchroniczność proponuje trzecią drogę — zbieg okoliczności, który jest sensowny, nawet jeśli nie jest przyczynowy.